alfabet zdrowia psychicznego - (szczęście?) sens

Wciąż jestem sobie trochę na rozstaju w związku z moją blogową działalnością i w dużej mierze swoje refleksje i rozmyślania przeniosłam już na Instagrama, ale mam to szczęście, że ten ważny dla mnie cykl postów tworzę razem z Kaliną, która po raz kolejny motywuje mnie, by usiąść przed ekranem komputera i dać szansę nowemu wpisowi. Więc jestem, choć wciąż nie do końca zdecydowana - bo może powinnam była napisać o stresie? Lub o smutku? Albo w ogóle o...szczęściu? Dlaczego nie?


No właśnie. Jesteśmy w nieustannej gonitwie za szczęściem - to widać nie tylko w social mediach, gdzie to szczęście często wręcz wylewa się z kadrów. Od czasu powstania psychologii pozytywnej, która przez wielu uznawana jest za duży przełom, zaczęto badać dobrostan, mierzyć poczucie szczęścia i dawać wskazówki jak do niego dążyć. Według Psychology Today w 2000 roku wydano jedynie 50 książek w tej tematyce. W 2008 roku była to już liczba 4 tysięcy tytułów. I z tego, co można zaobserwować na półkach księgarnianych - ten trend trwa do dziś. A my go wspieramy, szukając recepty. A jednak, zanim psychologia pozytywna w ogóle powstała, był przecież nurt humanistyczny. I egzystencjalny. I one też widziały w człowieku więcej, niż jego zaburzenie. Widziały potencjał i poszukiwały sensu.

Jest taki eksperyment myślowy Nozicka, nazwany maszyną doznań. Pisał tak: "Arcyzwodziciele neuropsychologii mogliby pobudzać twój mózg tak, że myślałbyś i czuł, iż piszesz wielką powieść albo nawiązujesz przyjaźń, albo czytasz ciekawą książkę. W rzeczywistości jednak przez cały czas pływałbyś w laboratoryjnej wannie z elektrodami podłączonymi do mózgu. Czy podłączyłbyś się do tej maszyny na całe życie, zaprogramowawszy z góry wszystkie przeżycia?" Ręka w górę, kto z Was by tak chciał? Toż to przecież pure happiness - bez "negatywnych" uczuć, bez trudów. Czemu więc większość z nas ma w sobie niepokój na tę myśl o zaprogramowanym na szczęście życiu? Nozick twierdzi, że nie chcielibyśmy takiego życia z paru powodów. Przede wszystkim, to nasze szczęście byłoby niezasłużone, a my sami bylibyśmy bezkształtni, bez tożsamości, bez celów. Bez...no właśnie, bez sensu. Tyrania szczęśliwości zwyczajnie nie działa, szczęście nie zapewnia satysfakcjonującego i głębokiego życia. Chcemy czegoś więcej. Chcemy widzieć sens. 

Ale jak? Czy są jakieś uniwersalne ścieżki, którymi możemy podążać, spoglądając na ludzi, w których życiach sens jest wyraźnie zaznaczony? Czy może jednak każdy z nas musi go odnaleźć i odkryć?


Mogłabym w tym miejscu zacząć przytaczać życiorysy i zmagania z sensem (a raczej jego brakiem) u znanych (Tołstoj, Camus, Sartre) i mniej znanych (nas samych, którzy z pewnością znamy to uczucie pustki i przytłaczającą myśl, że po co to wszystko w ogóle) - na to nie starczyłoby mi miejsca w Internetach. Zamiast tego, chciałabym krótko wspomnieć o odkrytych przez psycholożkę Emily Esfahani Smith czterech filarach sensu. Emily zbierała materiały z przeróżnych źródeł: począwszy od Arystotelesa, przez psychologów, socjologów i rozmowy z ludźmi, aż po literaturę, kulturę i religię. Oto i one.

1. Poczucie przynależności. Jest to coś, czego brak jakiś czas temu zaczął mi doskwierać. I mam wrażenie, że brakuje nam tego w ogóle, jako społeczeństwu - coraz bardziej nastawieni po amerykańsku na indywidualizm, dążymy do sukcesu, skupiamy się na kolejnych zarobionych pieniądzach, na wszechobecnym samorozwoju, chcemy lepiej, więcej i bardziej. Jak tutaj znaleźć energię, na tworzenie dobrych i silnych relacji? Które same magicznie się nie stworzą. Które wymagają pracy i wysiłku - tak, tak, miłość też. Choć miłość przecież nic wspólnego z pracą mieć nie powinna - chcemy ją kojarzyć jako beztroski stan, pełen uniesienia i bezkresnej radości. 
Wszyscy potrzebujemy czuć się rozumiani i akceptowani. Od maleńkości trzeba nam bliskości - przełomowe były tutaj badania Rene Spitza, który porównywał dwie grupy ubogich dzieciaków:z sierocińca i ze żłobka przy więzieniu, w którym przebywały ich matki. W sierocińcu robiono wszystko, by dzieci nie roznosiły między sobą zarazków - opiekunki nosiły maski, nikt się nie dotykał, dzieci nie mogły się bawić ze sobą. W żłobku - wręcz przeciwnie, a do tego pozwalano na kontakt z matką. Porównując śmiertelność w obu grupach - z 88 dzieci w sierocińcu zmarło 23. W żłóbku - żaden dzieciak. Osierocone dzieci miały co jeść, dbano o nie w zakresie higieny, a jednak - wpadały w niemą rozpacz. Brakowało im więzi. 
Bliskie związki, relacje o wysokiej jakości to również ta rzecz, która uczy nas współodczuwania. A współodczuwając z innymi, zaczynamy też lepiej myśleć o sobie. Traktując siebie dobrze, mamy więcej chęci i sił, by dzielić się swoją codziennością z innymi. I tak tworzy się piękna, samonapędzająca się pętla, dająca poczucie przynależności i sensu . 

2. Poczucie życiowego celu. Oglądałam ostatnio reportaż o stulatkach, którzy byli w niesamowitej formie - biegali, uczyli się języka, działali społecznie. Co ich łączyło? Każdy z nich miał swoje Ikigai. Dla nas to japońskie słowo nie jest bezpośrednio przetłumaczalne, ale chodzi w nim głównie o powód, dla którego każdego ranka podnosisz się z łóżka. Jaki jest motyw przewodni Twojego życia, Twoja misja? Sporo mówi się o celach, ale często są to cele (kołczersko przedstawiane) pokroju tych noworocznych: schudnę/przytyję, zarobię x hajsów, będę szczęśliwy no matter what. Czy to aby na pewno są NASZE cele? Czy to jest to, co daje nam najgłębszą radość i poczucie satysfakcji; czy to coś, w co angażujemy się całym sobą, wsiąkamy w to, co daje nam spokój ducha? Badania i rozmowy wykazały, że najczęściej cel ten nakierowany jest na działanie dla dobra: innych ludzi, zwierząt, świata. Że jest to swego rodzaju poczucie misji, chęć wykorzystania swych umiejętności (a najpierw nabycia ich), by coś zmieniać. I choć nie wszyscy odkryjemy w sobie silne powołanie, niemniej ważne jest to, co z pozoru zwyczajne i bez fajerwerków. Codzienne obowiązki, zwykle wykonywane bezrefleksyjnie, często z niewypowiedzianym żalem. A gdyby tak przedefiniować i to? Marzę sobie i robieniu ważnych rzeczy w przyszłości, ale już teraz próbuję być po prostu dobrym księgarzem-sprzedawcą. Czasem zupełnie nie mam na to ochoty, bo klienci bywają upierdliwi i nieprzyjemni, ale zawsze staram się nadać tej mojej pracy więcej sensu: polecić komuś książkę, którą naprawdę lubię, życzyć komuś miłego dnia, podpowiedzieć, że na Bonito znajdą jakiś tytuł taniej niż u nas (no cóż no, sprzedawcą dobrym to ja nie jestem :D). I od razu jakoś mi lepiej kończyć zmianę. 

3. Tworzenie narracji. Och, jak to do mnie bardzo przemawia! Każdy z nas tworzy swoją własną historię. Łączymy różne fragmenty, zdarzenia, zlepiamy je w całość, poszukując części wspólnych - słowem, szukamy spójności, a to kluczowe źródło poczucia sensu. To jest w ogóle bardzo głęboko zakorzeniona potrzeba, wspólna dla nas wszystkich: by czuć się bezpiecznie, chcemy jak najlepiej wytłumaczyć sobie otaczający nas świat, szukamy porządku w chaosie, którego nasze mózgi nie lubią i który ciężko im tolerować. A historie o nas samych pomagają nam odnaleźć własne miejsce,  wiele zrozumieć, poszukiwać sensu i definiować własną tożsamość.
Niektóre historie dają większe poczucie sensu niż inne, bo czasem motywem przewodnim okazać się może pesymizm, czy jakaś łatka, którą sami sobie przypięliśmy, a od której trudno uciec. Jednakże, nasze umysły mają to do siebie, że potrafią (i często właśnie to robią) redagować i korygować swoje historie życiowe. Słowem - trochę przeinaczać fakty, ale dzięki temu utrzymywać nas w zdrowiu psychicznym. Kluczowe w tworzeniu narracji jest też to, by móc wypowiedzieć je na głos, w poczuciu bezpieczeństwa i zaufania. Jasne, pamiętniki też robią robotę, ale to jednak zupełnie coś innego. Dlatego zawsze tak dużo mówiłam i wciąż mówię o rozmowach. Tych w bliskich związkach, ale i tych terapeutycznych - bo przecież tworzenie i redagowanie własnej historii to jeden z kluczowych elementów procesu terapeutycznego. Odnajdywanie sensu w kawałkach życiorysu, w których nie potrafiliśmy go dostrzec.

4. Transcendencja. To chyba właśnie to uczucie, którego doznałam, stojąc nad Cabo da Roca i wpatrując się w bezkres oceanu. Małość, pokora wobec natury, ale i głęboka wdzięczność, wolność, zetknięcie z tajemnicą. Wydawać by się mogło, że takie doświadczenie wzbudzać powinno uczucia odwrotne, a jednak napełnia nas często poczuciem sensu. Transcendencja to wzniesienie się ponad codzienność, doświadczenie czegoś, co jest ponad nami. Może to być doświadczenie religijne, ale nie musi, bo również i sztuka, i natura, i nauka mogą właśnie tak nas zachwycić i pochłonąć. W ostatnich latach naukowcy zaczęli zgłębiać coś, co nazwali "nabożnym podziwem". Jest to reakcja na coś tak pięknego, że aż nie mieszczącego się w jakichkolwiek ramach. Nasz umysł musi stworzyć nowe konstrukty, by zrozumieć to, co właśnie ujrzeliśmy, dlatego też transcendencja często daje poczucie wewnętrznej przemiany. Dlatego pogap się czasem w niebo - niech zachwycą Cię gwiazdy lub zachodzące słońce. Idź do muzeum, posłuchaj innej muzyki niż zwykle, zanurz się w te doświadczenia całkowicie. Pomedytuj. Pojedź w góry. Szukaj tego, co zapiera dech. I daj się temu wciągnąć.


O sensie można by jeszcze pisać i pisać - mam silne poczucie niewyczerpania tematu. Ale miejsca zbyt mało, a i ja potrzebuję zaraz odejść od Internetów i zabrać się za tworzenie własnych sensów. Bo one jednak rzadko istnieją w social-mediowej rzeczywistości, choć niewątpliwie stało się to ważną częścią mojego życia. Zajrzyjcie koniecznie do Kaliny, która napisała dziś dla Was o sile i słabości - to temat, który również i mnie zajmuje od jakiegoś czasu, dlatego bardzo się cieszę, że to właśnie o tym zechciała napisać. 

Dobrego (z poczuciem sensu! - & tak, jak najbardziej może być nim też odpoczynek!) weekendu, drodzy! 

Spodoba Ci się również

1 komentarze

  1. Ahh, po raz kolejny poruszyłaś coś, co jest we mnie, gdzieś głęboko, gdzieś między poszczególnymi aspektami codzienności i tego wszystkiego, co "wypowiedziane" sprawiając, że kolejne z tych odczuć jestem w stanie jakoś nazwać, uświadomić sobie, a następnie czerpać z tego i dzielić się przemyśleniami z innymi... Dziękuję!
    Dziękuję też za wzmiankę o Cabo de Roca - byłam tam dosłownie tydzień temu i też był to dla mnie dość przełomowy moment - uświadomiłam sobie jak piękny jest świat i jak wiele jeszcze mam do zobaczenia.. I tam, patrząc na ocean i zachodzące słońce poczułam ogromny przypływ szczęścia i odwagi... Cudowne miejsce!
    :)

    OdpowiedzUsuń

It means a lot, thank You!

Subscribe